Sąsiedzi rodziny

Fakt.pl postanowił porozmawiać z sąsiadami rodziny i zapytać o ich zachowanie i stosunek do dzieci. Według pana Józefa mama Kacperka zawsze troszczyła się o swoje pociechy i poświęcała im wiele uwagi. –Nie ma dla niej nic ważniejszego niż dzieci.To niesprawiedliwe, że spotkała ją taka tragedia – powiedział pan Józef Laskowski, jak cytuje fakt.pl. Policjanci, strażacy oraz mieszkańcy Brzózy Stadnickiej szukali 80-letniego mężczyzny, który w sobotę po południu wyszedł z domu. Po kilku godzinach poszukiwań odnaleziono jego ciało w ... Film został zrealizowany w poprzednim roku szkolnym przez uczniów Pawła Masłowskiego i Mateusza Czarkowskiego z klasy IIIb oraz Krystiana Hećmańczuka z klasy IIb, pod opieką nauczycielek Doroty Budzińskiej i Jolanty Konstańczuk.. Nagrodą za zajęcie pierwszego miejsca była wycieczka do Strasburga na zaproszenie europosła prof. Ryszarda Legutki. a może, zamiast błahych spraw, więcej rozmów i debat o prawie sąsiedzkim w polsce? nikt o tym nie mówi. sprawy sąsiedzkie nie sa W OGÓLE regulowane, nie ma żadnego prawa, bo to szczątkowe obowiązujące kompletnie nie nadaje się do zastosowanie gdziekolwiek. w polsce nawet nie ma godziny nocnej uregulowanej prawnie. każdy robi co chce, a poszkodowany nie ma kompletnie żadnych praw ... W tej świętokrzyskiej wsi prawdziwe Boże Narodzenie skończyło się 41 lat temu. Teraz każde kolejne święta kojarzą się tu tylko z jednym – z makabryczną zbrodnią, która nie miała ... Sąsiedzi donieśli - rodzicom odebrano dziecko z autyzmem! Rodzina uciekła do Polski i prosi o azyl / pixabay.com. lml. ... Bartosz Lewandowski, jeden z pełnomocników rodziny. Jak twierdzi, nie podchodzi w ogóle pod dom rodziny K., podobnie robią inni sąsiedzi. - Wychodząc na swoje podwórko, musimy się rozglądać, czy gdzieś nie przechodzą, czy się nie ... „Dwie Godziny dla Rodziny” mogą polegać na tym, że nasz ukochany ośmiolatek samodzielnie odrobi lekcje, a mama w tym czasie poczyta książkę, obejrzy serial lub weźmie kąpiel, żeby ... Sąsiedzi rodziny Dawida Żukowskiego liczą na odnalezienie się chłopca. Poszukiwania Dawida Żukowskiego trwają już ponad 80 godzin. Chłopca z Grodziska Mazowieckiego w środę 10 lipca zabrał ojciec. 32-latek zginął pod kołami pociągu, a 5-letni Dawid przepadł bez śladu.

Ostrzeżenie przed prowokacją żydowską podczas Święta Niepodległości.

2018.08.03 19:17 Gazetawarszawska Ostrzeżenie przed prowokacją żydowską podczas Święta Niepodległości.

OKUPACJA ŻYDOWSKA W POLSCE
03 AUGUST 2018
+++
Laudetur Iesus Christus
https://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1633-ostrzezenie-przed-prowokacja-zydowska-podczas-swieta-niepodleglosci
Ostrzeżenie przed prowokacją żydowską podczas Święta Niepodległości.
Nadchodzący 11 listopada 2016, a nawet następne dwa dni świętowania przynoszą ze sobą określone, zwiększone ryzyko prowokacji żydowskich wymierzonych w Polaków.
Zmiany zachodzące w Polsce, mimo masowych akcji wypędzeń Polaków z Polski, mimo masowych akcji z zażydzeń wszelkich już sfer życia kulturalnego, politycznego, a mówiąc o Kościele rzymsko-katolickim, który istnieje w Polsce już jako instytucja materialna a nie duchowa, wywołają w żydach głębokie zaniepokojenie. Duch inspiracji katolickiej i narodowej na nowo wstępuje w resztki Narodu i tak ożywiony Naród zdolny jest do pokonania każdego wroga. Żydzi to dobrze wiedzą.
Nienawiść żydów do Polski i niepodległości są faktem historycznym zapomnianym jednak w tym kołchozie zażydzania wszystkiego co polskie i piętnowania wszystkiego żydzizmem: kościoła, rzeźby, muzyki czy literatury.
Polacy tego jednak nie widzą i nie potrafią tego problemu wyartykułować. Stąd haniebne judaistyczne formy Panteonu na Łączce, haniebne potraktowanie pamięci dzieci Ulmow w Markowej, czy satanistyczna ornamentyka jako już standard estetyczny we wszystkich katolickich świątyniach w Polsce, a czego swoistą kulminacją było niedawne zbezczeszczenie Monstrancji podczas ostatniego spędu na Jasnej Górze, w którym główny egzorcysta x. Glas żydowskie zbrodnie komunizmu w Polsce uznał za polskie. A co jest teologicznie zakazane i jako fałsz przed Bogiem uznane za ciężki grzech.
Polacy tego nie widzą, więc i nie artykułują i niejako są swoiście antysemitami bez żydów. Bez żydów nie dlatego, że ich nie ma, ale dlatego, że naród zatracił zdolność do ich zauważania, piętnowania i niezbędnego dla chrześcijanina rugowania żyda z własnej przestrzeni. Polacy tego nie widzą i w swej naiwności starają się żyć niejako obok żyda, ale „po polsku i katolicku” co jest przecież antysemityzmem. Widać to wyraźnie w adwencie, gdzie społeczeństwo jest zdziwione i zaskoczone iluminacjami chanuki, która wyniszcza Święto Bożego Narodzenia – a te diabelskie iluminacje kosztują w Warszawie miliony. Święty Mikołaj jest już skutecznie zabity, a teraz kolej na zabicie Dzieciątka Jezus będącego jeszcze w Żłobku, a więc Hanna Gronkiewicz-Waltz nawet od Heroda jest szybsza.
Żyd jest wrogiem Pana Jezusa Chrystusa i jako taki jest przeszkodą w zbawieniu Narodu, który zamiast Chrystusa ma w sercu żyda. Ta prosta prawda jest bezsporna nawet dla tych antychrystów w Episkopacie. Ta oczywista oczywistość może być zanegowana jedynie przez milczenie – zamilczenie na śmierć! Zamilczenie Boga i Narodu. I ta prosta prawda jest źródłem cenzury, agresji w sztuce, czy zakazu marszu jako wolnej expersji narodowej.
A w Polsce żydzi mają ku temu warunki idealne. Polacy pozwalają żydom, na mieszanie się z nimi na wszystkich właściwe poziomach życia społecznego w Polsce i nie ma już dziedziny w naszej wspólnocie, która byłaby wolna od żyda. Pomaga to żydom w łatwym sianiu dywersji w naszym społeczeństwie, gdzie oni sami przebrani za Polaków dopuszczają się najprzewrotniejszych prowokacji po to tylko, aby to Polaka pomówić o zło lub głupotę.
Żydowska akcja dywersyjna na Facebook`u ujawniła wszystkim prostą rzeczywistość ukazującą prawdę mówiącą o tym, że jak tylko żyd ma władzę to ma też rację, rację uniwersalną we wszystkim.
Faktycznie to ujawnienie wycinania stron aktywistów marszu Niepodległości na FB było jakimś aktem głupoty lub nieuwagi, bo żydowski terror i cenzura na tych gigantycznych portalach jest chlebem powszednim, a bez tej akcji pozostawał mniej zauważalny. I niewątpliwe jako cicho postępujący byłby dużo skuteczniejszą formą raka zjadającą nasz zniewolony organizm. FB i podobne po cichu wycinają linki do różnych niebezpiecznych stron np. do http://zamach.eu/ lub Gazetawarszawska.com – jest ciche zalecenie praktykowane nawet na małych prywatnych forach.
I to, że FB to ujawnił, czy też przez nieuwagę odsłonił, wskazywać może na to, że portal ten całkowicie zgłupiał w swej bezczelności, albo też wszedł na znacznie wyższy poziom rozwoju: tworzenia wirtualnej rzeczywistości, która miesza się z rzeczywistością rzeczywistą. I ma być już niewiadome, co jest w realu, a co w urojeniu. A co szczególnie ważne, aby w tym wymieszaniu iluzyjnym dodatkowo stworzyć ośrodki fasadowe podające się za nie takie jakimi faktycznie są. Tworzy się określone stany emocjonalne, które umożliwiają proste sterowanie myślami i ocenami wydarzeń. Np. propaganda nt. filmu Wołyń całkowicie przysłoniła rozsądnym i opanowanym nawet ludziom prostą konkluzję, że ten film jest antypolskim paszkwilem, spreparowanym przez żydów. A odbyło się to na bazie dobrze przygotowanej atmosfery teatralnej, w której brał udział nie tylko twórca filmu, ale cały szereg polityków, którzy swymi zachowaniami wobec banderowców wytworzyli atmosferę utrudniając rzeczową ocenę Wołynia.
W końcu, u żydów zawsze tak było, że ich organizacje szkoły, synagogi, czy ośrodki „kulturowe” nagle w jednej nocy przekształcały się w organizacje terrorystyczne, ludobójcze. Tak było 17 września 1939 roku, gdzie nagle „dobrzy żydzi” popadali - zdumiałym liberalnym, lub niewykształconym ludziom - w amok mordowania Polaków i nie dotyczyło to środowisk paramilitarnych sensu strickte, ale „spolszczonych” środowisk żydowskich rzekomo zasymilowanych z Polską kulturą i społeczeństwem.
17 września rankiem dobrzy żydzi objawili się polskim sąsiadom miast i wsi jako gorliwi kaci komunistycznego terroru, z lubością zanurzający swe ręce we krwi bezbronnych rezerwistów WP, czy szturchający bolszewickimi karabinami całe rodziny polskich kmieci pędzonych do wagonów bydlęcych, które swój pierwszy przystanek miały już na pustkowiach Kazachstanu. Żydowscy koledzy od kopania piłki na podwórku - przez jedną noc uzbrojeni w bolszewickie mauzery - śmiejący się cyniczne do polskich Janków proszących o wypuszczenie ich z powrotem na wolność, „Icek puść nas, przecież my są sąsiedzi, ty trzymasz z bolszewikami?” – tak było. Żydowskie koleżanki różnych ośrodków kultury, szkół czy pensjonatów, które nagle przestały być dobrymi przyjaciółkami zaskoczonych Polek, a stały się zimnymi wyrafinowanymi bestiami a´la Brystygierowa.
Rozumni Polacy pamiętają i wyciągnęli wnioski z tego, jak zachowywali się żydzi przechowywani i karmieni jedzeniem z kartek podczas okupacji, gdzie tak szybko jak pojawili się pierwsi towarzysze na stanowiskach rządu PKWN, to wszyscy ci biedni żydzi porzucili swoich wybawców, przyjaciół i znajomych, aby gorliwie budować socjalizm. A nie kończyło się to jedynie na pochodach pierwszomajowych, ale na morderstwach i katowniach. Gdzie często katami ofiar byli uratowani przez te ofiary żydzi – tak było dosłownie pod względem personalnym, nie jest to jakieś uogólnienie, alegoria. Tak było rzeczywiście w tysiącach przypadków – była to reguła, że żyd uratowany przez polskiego wybawcę katował go w mordowni, a nawet go mordował z całą rodziną.
Ale nie tylko wtedy.
Kiedy my już wszystko zapomnieliśmy i świat socjalizmu PRL – Gierka zjednoczył Polaków z żydami - faktycznie nierozpoznawalnymi, bo „spolszczonymi”, - to okres powstania Solidarności, już kilka tygodni po jej zarejestrowaniu, ukazał nam zdziwionym: Żydów i gojów. A jak już doszło dalej do stanu wojennego to podział miał charakter otwartej nienawiści, a nawet starć fizycznych.
Szybko okazjo się, że żydzi z Solidarności byli specjalnie traktowani przez SB, i podobne organizacje PRL-wskie, a Polacy gdzie tylko można dostawali czerwone kartki i to bez najmniejszego pardonu.
Przyniosło to masowe emigracje najlepszych warstw naszego narodu, ludzi ideowych wykształconych i żywotnych.
Później nastąpiła druga fala emigracji - okresu przystąpienia do EU, gdzie kolejny już raz spuszczono krew z milinów Polaków, a IIIRP stała się wręcz miejscem sciągania żydów do Polski z całego świata, kiedy właśnie to Polacy musieli z niej wyjeżdżać. Ten proces odwrotności widać nie tylko w gospodarce, czy w kościołach, ale nawet na cmentarzach: polskie groby są po 25 latach bezpardonowo likwidowane, a żydowskie groby odbudowywane poprzez nawet archeologiczne poszukiwania starych macew i ustawiania w miejscach od dziesiątków lat nieistniejących cmentarzy od dawna bez takiego statusu. Żydzi w Polsce wzrastają nawet na cmentarzach, których nie ma, a Polacy są wyniszczani jako organizm żywy - to jest Polska 2016!
Ale w tej atmosferze zabijania Polski, zaorywania śladów naszej pamięci w naszej Ojczynie, nastąpiło coś nieoczekiwanego w proporcjach sił polskich i żydowskich: zmiana warunków pola walki – Internet. Internet, czyli wolny głos jednostki wyrywającej się z tłumu zniewolonego motłochu, a jest to nieprzewidziane i niebezpieczne żydom, którzy nie tylko kneblują narody, ale co istotne, podszywają się - w różnych mistyfikacjach - pod te narody, aby mówić w ich imieniu.
Ostanie 10 -15 lat to postępująca klęska wizerunku żydowskiego etosu w środkach masowego przekazu - Internecie. Internet całego świata – nie tylko w Polsce - to jedno wielkie antysemitysko. Ten antysemityzm Internetu jest absolutnie żywiołowy, oddolny i przekraczający wszelkie granice terytorialne i kulturowe.
Dla żydów Jest to zjawisko niezrozumiałe, bo nie tak miało być: Facebook, Youtube, Twitter, Google plus, to organizacje żydowskiej inwigilacji i terroru. Miały one służyć ostatecznemu już zniewoleniu narodów, a tu nagle ten miecz okazał się obosieczny. Tak nagle i wbrew wszelkim planom.
Niemniej jednak te wielkie portale społecznościowe to miejsca nie tylko walki słowa przeciw zniewoleniu i kłamstwu, ale też dobrze zaplanowane narzędzie terroru i nawet likwidacji niewygodnych forumowiczów.
I niekoniecznie o Facebooki tu chodzi. Nawet taki liliput jak Salon 24 wdał się w grę smoleńską i był kotłem blogerów informacji środowisk blogowo-smoleńskich, którzy przez dłuższy czas byli ściągani przez służby do tych for dyskusyjnych, gdzie najlepszym z nich było środowisko FYM.
Kiedy jednak nadszedł czas, to FYM, jak i administracja S24, podjęli wspólną akcję zamknięcia kont i rozpędzenia wszystkich tam skupionych dyskutantów.
Akacja ta, pierwotnie była faktycznym, planowanym zarzuceniem sieci na osoby fizyczne, ujawniajcie poprzez parę lat swoje dane ID, oraz ewentualną, niebezpieczną dla władz w Warszawie, wiedzę o określonych faktach nt. zamachu na Delegację do Katynia.
Po tym spektakularnym zamknięciu konta FYM Blogerzy ci w dużej części już nigdy nie wrócili do tego portalu, kiedy to środowisko FYM otworzyło ponownie swoje fora. I nie dlatego, że blogerzey ci poczuli się oszukani – obrazili się.
Mamy przesłanki do snucia przypuszczeń, że ci blogerzy, którzy już więcej nie wrócili, zostali w dość dużej części wymordowani przez służby mające dostęp do danych osobowych Salon 24.
Samo zaś zamknięcie konta FYM było sprytnym zabiegiem obejścia nakazu prawnego nakazującego obowiązek przechowywyana danych o internautach, który to okres może wynosić parę lat. Tamto zamknięcie pomogło zamknąć stare konto i przerwać ciągłość z nowym. Minęło już od 10 kwietnia 2016 roku 6 lat i te dane, które zostały złożone na S24, a na pierwotnie zlikwidowanym blogu FYM mogą być skasowane, co uniemożliwia połączenie – skojarzenie związków - śladów zaginionego blogera z jego publikacjami na Salonie.
Znamy bezpośrednio może nawet trzy przypadki korespondentów blogu FYM, którzy z chwilą wyłączenia tego blogu przepadli bez wieści.
A i Smoleńsk, i FYM i Salon to jakaś logistyczna bagatela w porównaniu z Facebook ´iem.
Trzeba mieć bezustannie na uwadze to, że Internet ujawniający niekontrolowaną siłę spontanicznych oddolnych organizacji internetowych, zaniepokoił bardzo poważnie wielkie centra żydowskie w świecie, które nie przywykły do zaniedbywania czegokolwiek.
To szczególnie obecnie w Polsce, gdzie sytuacja w Ojczyźnie znowu nabrzmiała do poziomu wielkiego napięcia, nastąpiła mobilizacja narodowa na tym etapie naszej walki, gdy znów podstawiono fałszywych patriotów PIS, jako alternatywę dla kosmopolityzmu PO
Dywersyjna, nieudolna odpowiedz PIS na tę presję społeczną, rzuca się wszystkim w oczy. PIS gorączkowo chce przejść do opozycji lub celowo umniejszyć swą władzę, a ponownie aby jawić się Polakom jako ten, który chce, ale nie może, bo mu nie dają. I w tym celu tworzy liczne tematy zastępcze i rozdmuchuje opozycję sztucznie kreując problemy TK, aborcji... PIS toleruje przestępcze środowiska KOD, czy Palikota- Petru – posiadających faktyczny immunitet na swą antypaństwową działalność, bo to kreacja bezpośrednich animatorów samego Jarosława, a więc są te KOD ´y i Petry drugą stroną tej samej monety.
Facebook dzisiaj może nie tylko służyć Mossadowi i CIA jako sieć informacyjna, ale może odegrać rolę znacznie bardziej czynną, bo kreatywną nawet. Może kreować „Polaków” oraz ich zachowania a to tak, aby to potem skutecznie i głośno przed światem zwalczać.
FB to idealny środek dla prowokatorów, a nawet właśnie idealne środowisko do tworzenia „faktów medialnych”, które mogą być narzędziem a to prowokacji, a to siania fałszywych informacji na poziomie fałszywych flag, typu zamachy w Paryżu Charlie Hebdo albo w Nicei.
A powodów do obaw, że coś podobnego może się wydarzyć w Polsce jest wiele, a sam Marsz Niepodległości jest prowadzony przez osobników wysoce niewłaściwych.
Sama trasa przejścia marszu od śródmieścia na peryferie i to na Pragę ..„ na Pragie panie na Pragie, …zmiennik na mnie czeka”… jest wśród warszawiaków źle postrzegana. Dodatkowo – logistycznie - uczestnicy są przepędzani przez most, a i faktycznie pod osłoną nocy.
Jest to faktycznie scenariusz Wildsteina i żydów z Gazety Polskiej http://gazetawarszawska.com/pugnae/517-bezczelnosc-zydowska-zyd-bedzie-prowadzil-marsz , którzy po marszu w Śródmieściu 2011 przepędzili go z Centrum Warszawy na te nieciekawe przedmieścia, bo Warszawa to „Nasze miasto” – Warszawa ma być żydowska.
Do redakcji drogą poczty wewnętrznej przychodzi na ten temat dość sporo uwag, które możliwe też są i wysyłane do organizatorów marszu.
A nasze skromne kontakty z organizatorami - poprzez Twitter - w tej sprawie nie są zbyt ciekawe, a nawet nasuwające nam określone podejrzenia sugerujące, że przemarsz z centrum ma właśnie charakter ideologiczno-logistyczny zaplanowany przez wrogów Polski.
W końcu wszystkie marsze w świecie, które różne grupy czy społeczności prowadzą mają charakter triumfalny i wiodą do jakiego celu w sensie symbolu. I tak samo tu w Warszawie. Warszawa jest szczególnym miastem symbolem dla Polaków, i nie jest ona tylko stolicą, gdzie załatwia się interesy ze skorumpowanymi urzędnikami centralnymi, czy jeździ do roboty.
Warszawa jest miastem Narodu, symbolem upadku, ale i podniesienia się, miastem wypędzania mieszkańców na rubieże tego świata, ale miastem walki o powrót i zmartwychwstanie. Warszawa to miasto Niezwyciężone i symbolika wyjścia, opuszczenia miasta przez marsz jest faktycznie zbrodnicza wobec faktycznego etosu Stolicy.
I wiemy.
Car wypędzał Warszawiaków: była to kara za powstania, Niemcy wypędzili Warszawiaków za Powstanie Warszawskie, żydzi PRL`u wypędzali rodowitych Warszawiaków, a to na Śląsk, a to na Ziemie Zachodnie, a były to kary za wrogie postawy lub podobne. Tak! o wpędzeniach Warszawiaków ze Stolicy teraz nikt nie pamięta! Trwało to przez dziesięciolecia. W wersji brutalnej okres ten rozciągał się do roku 1956, a w wersji biurokratycznej do lat 80-tych. I pamiętać: Warszawa z ogromnym brakiem mieszkań miała liczne pustostany, które trzymane były jako rezerwa dla żydów z ZSRR, którzy przez ten cały okres powojenny sączyli się do Polski i w Warszawie zawsze znalazło się dla nich gotowe gniazdko. Takim żydem jest przecież Święcicki, którego żydowska matka przybyła z ZSRR i potem jako żydówka dała przywileje mieszkaniowe w Warszawie dla swego całego miotu.
Z wielu powodów to wyprowadzanie Marszu z Warszawy wywołuje w nas nie tylko niesmak, ale i gniew. Zauważmy, kiedy Marsz jest wypędzany z Warszawy jak Polacy za Cara, jak za Hitlera, jak za żyda Bermana, to swołocz Antify, KOD, u i innych zostaje w Centrum i tam będzie się panoszyć prze te dni.
Polacy z całej Polski, Warszawiacy zostaną symbolicznie – a co ma charakter duchowo-antropologiczny – wypędzani i rozproszeni w czeluściach praskich ulic z budkami z piwem i podobne. Jest to haniebne! Goście Marszu na przedpokojach Stolicy!
+
Jest to niestety świadectwo całego elementu szemranego, który przejmuje czołowe pozycje, wśród „narodowców”, „ONR-u”, „prawicy” etc. Jest to przemyślany proces sterowany odgórnie przez żydów i trwa to od lat. Np. „Stronnictwo Narodowe” od lat 90-tych jest przejęte przez element antynarodowy, nazwa SN jest zarezerwowana sądownie i ci „endecy” pilnują, aby nic się nie wydarzyło. Pomyślmy, jakie to przebiegłe, tyle złego dzieje się w Polsce, a „Endecy” siedzą cicho!
To wszystko razem jest bardzo niebezpiecznie i w ostatnich dniach kumuluje się w jakiś koszmar, horror, sytuacje nieprzewidywalną. Efekt zaś nieoczekiwanej kontrrewolucji wyborów w USA potęguje ryzyko odruchu bezwarunkowego u tej zagrożonej bestii, która boi się utraty kontroli nad Polską, a gwałtowne zamieszki przelew krwi jest dla niej dobrym pretekstem do pacyfikacji dzikich Polaków.
Pamiętamy dwa lata temu jak w trakcie marszu czoła pochodu – na wysokości Muzeum Wojska Polskiego” zamaskowani chuligani wypadali do przodu, robili burdy i z powrotem wskakiwali w szeregi kolumny marszu. Tamtymi awanturnikami byli ludzie sterowani przez kierownictwo marszu. A czy w tym roku ten Marsz jest organizowany przez innych? – to są ci sami!
Jakoś tak dziwnie się składa, że w tym roku mamy wysyp organizacji tradycji „polskiej ekstermy”, ale są to niestety fałszywcy: fałszywi ONR owcy, fałszywi narodowcy, fałszywi Endecy.
Ludzie zauważają to coraz wyraźniej, że są to fasadowe organizacje osobników nie mających nic wspólnego, ani z narodowcami, ani z ONR`em. Ten ostatni zaś to jakieś oszalałe kuriozum, które propaguje w świecie ideowych sabotażystów, albo idiotów jako „ONR-owców”, którzy w trakcie IIWS pomagali żydom. W ten sposób fałszują oni historię i narzucają młodym ludziom niewłaściwe wzorce. Młody Polak ma wierzyć, że ONR przedwojenny był przyjazny żydom i np. propagował jidysz, a jak nastała okupacja, to ONR-wiec narażał życie swoich dzieci i ciężarnej żony po to, aby uratować żyda. Który później - tak uratowany - jak tylko zobaczył czerwonoarmistę to od razu był gotowy z listą polskich burżujów, których należy rozstrzelać, a ich rodziny zesłać na Sybir. I takie właśnie umysłowe horrory propagują ci obecni „ONR-owcy”.
Tych wszystkich zobaczymy na pochodach i oby tylko na tym niesmacznym widoku się skończyło. Może bowiem dojść do tego, że pod znakami ONR, Falangi, SN etc. pojawi się ta szumowina, która dopomoże dokonać różnorakich prowokacji, a które Facebook przerobi na wielkie zbrodnie polskich faszystów, antysemitów i ksenofobów, podpalających miasto i szarpiących żydów za brody.
Niewątpliwie coś się szykuje, PIS będzie świętował poza Warszawą – ucieknie wzorem bandyty i dezertera Piłsudskiego, który też uciekł z Warszawy, Duda Chanukowy chyba też długo nie zabawi, wyjedzie do jakiejś wioski.
Nasza Ukochana Stolica będzie wystawiana na pastwę Kijowskich, Zandbergów, Palikotów Petru i podobnych.
Jak trzeba będzie to pojawią się majdaniarze ze wschodu i żydolewacy z Niemiec. Będą wszczynać burdy, dokonają podpaleń, a nie jest wykluczone, że zaatakują tyły Marszu po jednej stronie mostu, a przy zamkniętym zejściu z tego mostu na Pradze. Może dojść do masakry.
Musimy być uważni i wszystko filmować i materiały anonimowo ładować do sieci.
To ostani taki marsz.
+++
Marsz 2017 ma iść gwiaździście do Centrum pod Grób Nieznanego Żołnierza. Po drodze marsz od wschodu, od zachodu, północy i południa:
Przejdą koło Sejmu i tam zostawią swe straże,
Przejdą koło Pałacu Prezydenta i tam zostawią swe straże,
Przejdą koło Katedry Świętego Jana i tam zostawią swe straże,
Przejdą koło Urzędu Rady Ministrów i tam zostawią swe straże,
Przejdą koło Sądu Najwyższego i tam zostawią swe straże,
I o godzinie 12.00 Marsz Narodu odczyta Deklarację Wolności i wyłącznej Suwerenności narodów Lechickich w Polsce, Lechii.
- Od Ziemi Smoleńskiej, po ziemie Berlińskie, których nigdy nie zrzekliśmy się.
I Marsz ogłosi urzędnikom państwowym, że albo będąc sprawować wolę Narodu, albo zostaną surowo ukarani za zdradę. A straże stojące pod siedzibami władz, Katedry i Sądu pokażą doraźnie, że droga od trybunału do kary może być krótka.
To muszą te Dudy, Nycze, Szydły i inne podrzutki zrozumieć.
Marsz 2017 musi zdobyć Centrum i tam zapanować, a tolerancji dla obcych nie będzie!
In Christo
(-)Krzysztof Cierpisz
11-11-2016
+++
cor jezyk godz 16.10
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.05.21 20:15 SoleWanderer BY CZŁOWIEK PRZEŻYŁ - Tygodnik Powszechny o Irenie Sendlerowej

https://www.tygodnikpowszechny.pl/by-czlowiek-przezyl-151422
Jeśli przypadki pomagania Żydom podczas niemieckiej okupacji zamieniamy w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki klonujemy, czyniąc z nich setki tysięcy, nie tylko fałszujemy rzeczywistość – sprzeniewierzamy się pamięci Sprawiedliwych.
To, co tu słyszę, nie bardzo »pasuje« do rzeczywistości tamtych czasów. Albowiem pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby znalazło się miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego. Irena Sendlerowa
Podczas okupacji niemieckiej na ziemiach polskich trwał prawdziwy festiwal. Albo jeszcze lepiej: igrzyska. Oprócz skoków narciarskich i piłki nożnej, ulubioną dyscypliną Polaków stało się wówczas ratowanie Żydów. Sport ten uprawiali masowo, odnosząc gigantyczne sukcesy i to mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych oraz kłopotów ze sprzętem.
Że tak się pisać nie godzi? Że nie można robić sobie żartów tam, gdzie chodziło o ludzkie życie – nie tylko o życie ocalałego, ale i ocalającego?
A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego w sejmowym exposé o „setkach tysięcy Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie drugiej Apokalipsy”? A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów, była konferencja „Pamięć i Nadzieja”, zorganizowana we wzniesionym przez o. Tadeusza Rydzyka sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, z udziałem ówczesnej pani premier i obecnego premiera, ministrów i marszałków, z listami od prezydenta i prezesa PiS, który zechciał przy okazji wspomnieć o kwestii „wieloletniego hołdowania przez polski establishment pedagogice wstydu i wynikającego z niej prowadzenia polityki – by tak rzec – antyhistorycznej”? Czym, jeśli nie żartem, było zdanie wygłoszone wówczas przez Beatę Szydło, że „Żydzi i Polacy wspólnie mieszkali w Polsce, budowali polskie państwo, współpracowali, byli sąsiadami – żyło się im dobrze; pewnie mieli swoje kłopoty, problemy – jak to zawsze”.
Naprawdę, mieli tylko „swoje kłopoty”?
Wybili, panie Ach tak, oczywiście, to nie żarty, tylko polityka. Powinniśmy się już przyzwyczaić, że w polityce rzadko chodzi o prawdę. Że pamięć o przeszłości bywa w niej użytecznym narzędziem. Że próba przedstawienia Polski jako kraju, który najbardziej ze wszystkich ucierpiał w czasie II wojny światowej, może być zwyczajnie opłacalna: w czasach, gdy Europa przygląda się z niepokojem próbom ograniczania niezależności naszego sądownictwa czy mediów, można wobec niej użyć moralnego szantażu w stylu Mrożkowej „Monizy Clavier” („A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu – czytamy w opowiadaniu, wierzyć się nie chce, z 1967 r. – To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało”). Nie przypadkiem chyba tak często w ostatnich miesiącach politycy PiS szermują wypowiedziami o niemieckich zbrodniach na terenach Polski i podnoszą kwestie reparacji.
Na marginesie można by zauważyć, że Jarosław Kaczyński i jego podwładni nie są bynajmniej pionierami w kwestii upominania się o domniemane krzywdy na polu stosunków polsko-żydowskich. O „żydowskiej niewdzięczności i polskim miłosierdziu”, by użyć frazy Michała Głowińskiego, mówiono wiele w Marcu ’68. Już w inaugurującym kampanię antysemicką przemówieniu z czerwca 1967 r. Gomułka przypominał, że wśród Żydów „uratowali się tylko ci, których Polacy z narażeniem własnego życia przechowywali”. W przedstawianie „prawdziwej historii naszych heroicznych zmagań” włączał się ­ZBOWiD i stojący na jego czele Mieczysław Moczar. Chętnie wydawany w ­PRL-u Władysław Smólski we wstępie do opublikowanej w 1981 r. książki „Za to groziła śmierć” pisał, że liczba miliona ratujących „nie będzie przesadna”. Można by właściwie odetchnąć z ulgą, że premier Morawiecki nie próbował go przebić.
Można by, gdyby nie fakt, że cudowne rozmnażanie Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny światowej oznacza obrazę pamięci ludzi naprawdę bohaterskich i słusznie nazywanych Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. Ludzi, których sprawiedliwość i bohaterstwo zrozumie się w pełni nie tylko powtarzając jak mantrę, że za to, czego się podjęli, groziła z rąk niemieckiego okupanta kara śmierci, ale także pokazując kontekst, w jakim przyszło im dokonywać wyboru.
Kontekst bierności, obojętności czy wręcz wrogości otoczenia. Strachu nie tylko przed karą ze strony okupanta, lecz także przed zdradą sąsiada.
Kłopotliwe ikony Jednym z licznych paradoksów tej historii jest ten, że symbole polskiej szlachetności i pomocy dla Żydów kiepsko nadają się na PiS-owskie sztandary.
Zostawmy już na boku Władysława Bartoszewskiego, którego zasługi, jako członka Żegoty i współautora pierwszej książki zbierającej świadectwa o Sprawiedliwych pt. „Ten jest z ojczyzny mojej…”, zostały dawno przesłonięte przez polityczne zaangażowania w ostatnim okresie życia. Nie mówiąc o jego pamiętnym zdaniu z wywiadu dla „Die Welt”, że bardziej niż Niemca w czasie wojny obawiał się polskiego sąsiada, jeśli ten zauważył więcej niż zwykle kupionego chleba.
Czytaj także: Jacek Leociak o "naszych sprawiedliwych": Historia Zagłady to nie czytanka
Nie kto inny, jak Jan Karski – legendarny kurier AK niosący światu wieści o dokonującej się na ziemiach polskich Zagładzie – pisał w raportach z okupowanego kraju, że (cytuję wersję nieocenzurowaną): „»Rozwiązanie kwestii żydowskiej przez Niemców« – muszę to stwierdzić z całym poczuciem odpowiedzialności za to, co mówię – jest poważnym i dosyć niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do »moralnego pacyfikowania« szerokich warstw społeczeństwa polskiego”, oraz że ta kwestia jest czymś w rodzaju „wąskiej kładki, na której przecież spotykają się z g o d n i e Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa”. Albo że stosunek Polaków do Żydów jest „przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części z uprawnień, jakie nowa sytuacja im daje. Wykorzystują wielokroć te uprawnienia – często nadużywają je nawet. Zbliża ich to w pewnym stopniu do Niemców”.
Także Irena Sendlerowa, bohaterka wydanej w 2017 r. biografii Anny Bikont, na ikonę dzisiejszej polityki historycznej nadaje się tak sobie. Przedwojenna, można by powiedzieć, feministka, pracując w poradni prawnej Sekcji Pomocy Matce i Dziecku przy Obywatelskim Komitecie Pomocy Bezrobotnym pomagała – także w kwestiach związanych z edukacją seksualną i zabezpieczenia przed kolejną ciążą – matkom nieślubnych dzieci i prostytutkom. Opinią „komunistki-filosemitki” cieszyła się już na studiach, a odwiedzając próbujące do końca żyć godnie getto, uczestniczyła w zorganizowanych tam konspiracyjnie, w prywatnym mieszkaniu, obchodach rocznicy rewolucji październikowej, gdzie recytowało się Broniewskiego i wykonywało „Etiudę rewolucyjną” Chopina. Po wojnie przez kilka dekad należała do PZPR, pracowała nawet w Wydziale Socjalno-Zawodowym Komitetu Centralnego tej partii; można by zapytać, czy nie podlega aby ustawie dekomunizacyjnej?
Sendlerowa, z Kościołem bynajmniej niezwiązana, dwukrotnie zamężna – w przypadku drugiego małżeństwa, w czasach PRL ukrywała fakt, że jej mąż i ojciec jej dzieci był Żydem, a jedno z nich poczęło się przed rozwodem z pierwszym małżonkiem, który wojnę spędził w oflagu. I nie było to jedyne przemilczenie, nieścisłość czy koloryzowanie opowieści o własnym życiu przez kierowniczkę referatu dziecięcego podziemnej Rady Pomocy Żydom – Anna Bikont tyleż starannie, co z niezwykłą empatią rekonstruuje biografię swojej bohaterki, podważając np. wiarygodność jej przepięknego skądinąd opisu Korczaka prowadzącego dzieci na Umschlagplatz, albo wielokrotnie powtarzaną historię, że po Marcu ’68 córka i syn Sendlerowej nie dostali się na studia ze względu na jej okupacyjne zaangażowanie w pomoc Żydom.
W ukryciu Co w tym ważniejsze (i co nie umniejsza odkryć biograficznych Anny Bikont) – książka o Irenie Sendlerowej, tym polskim symbolu Sprawiedliwych, symbolu pomocy Polskiego Państwa Podziemnego dla ofiar Zagłady, jest w gruncie rzeczy opowieścią o straszliwej samotności. Samotności zarówno samej Sendlerowej, jak grupy dzielnych kobiet i mężczyzn, z którymi ratowała żydowskie dzieci.
Czytaj także: Michał Okoński o "naszej winie, naszej wielkości", 30 lat po publikacji przez "TP" "Biednych Polaków patrzących na getto" Jana Błońskiego
„Muszę stwierdzić, że uzyskiwaliśmy pomoc jedynie pod pretekstem akcji patriotyczno-polskiej – wspominała bohaterka książki Bikont. – Nauczeni doświadczeniem, nie ujawnialiśmy, że dzieci są żydowskie, podawaliśmy jedynie, że są to dzieci polskie po działaczach niepodległościowych”. Przytaczała też słowa jednego ze spotykanych podczas okupacji znajomych: „Sendlerowa, takich jak wy to po wojnie my będziemy wieszać na latarni pod Ratuszem”. Albo otrzymywane już po 1945 r. anonimy, np.: „Ty Żydówico, wynoś się jak najprędzej do Palestyny, bo jak nie wyjedziesz, to ci zabijemy twoje ukochane dzieci”.
„Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego, [ona] była w swoim bohaterstwie przeciwko swemu narodowi” – podsumowuje lapidarnie Bikont. Dużo mocniej wyrażają to jej ocalałe rozmówczynie.
„Sendlerowa ratowała mnie z rąk ­innych Polaków. Ona sama była przerażona Polakami” – to słowa Renaty Skotnickiej-Zajdman, skądinąd po wojnie zaangażowanej w dialog polsko-żydowski w Kanadzie. W jej świadectwie o życiu w kryjówce nie zabraknie opowieści na temat gwałtów, których dopuszczali się przychodzący do wsi, jak mówiła, „partyzanci” („Ten mój był kuzynem gospodarzy i zachodził do nich często. Jak pierwszy raz poszedł za mną do stodoły, chciałam krzyczeć, a on: »Cicho siedź, Rebeka«”). Albo o dialogu z pociągu, toczonym bez skrępowania obecnością współpasażerów: „Kupiłam Żyda, a ten skurwysyn nie miał nawet złotego zęba”. „Następnym razem weź Żydowicę młodą, one w piździe mają złoto”.
Pytanie, jakie Skotnicka-Zajdman zadaje Annie Bikont, brzmi: co by było, gdyby zgłosiły się do niej dzieci gwałciciela, że chcą dla ojca medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. „Uratował mi życie. Powiedz, co ty myślisz? Że mam mu być wdzięczna?”.
Awers i rewers To jeden z kontekstów toruńskiej konferencji o. Rydzyka i exposé premiera Morawieckiego. Jeden, bo w niemalowanej historii polskiego pomagania jest ich dużo więcej. Choćby ukrywanie Żydów za ­pieniądze: czy ów dość szeroko ­rozpowszechniony „przemysł pomocy”, jak określił go historyk Holokaustu Jan Grabowski, powinien podpadać pod kategorię „ratowania”? Jakiekolwiek byłyby motywy człowieka decydującego się dać ściganym schronienie, rzeczywiście ryzykował on własnym życiem – i jeśli wywiązał się z umowy, ich życie ratował. Zresztą: kogo było stać na karmienie ludzi miesiącami na własny koszt, bez kartek, gdy żywność trzeba było kupować na czarnym rynku?
Inny kontekst: skomplikowanie psychologicznej relacji między ratującym i ratowanym. W roczniku „Zagłada Żydów” z 2008 r. Barbara Engelking opisywała jej powikłanie na przykładzie prowadzonego w ukryciu dziennika Feli Fischbein, ukrywanej przez Katarzynę Dunajewską we wsi Wola Komborska: wielomiesięczne uzależnienie od osoby udzielającej pomocy doprowadziło tam do powstania straszliwego resentymentu. „Zupełnie zdani jesteśmy na nich, tylko co oni zechcą, to z nami zrobią. A boimy się ich, naprawdę mówiąc” – pisała Fischbein. I podsumowała: „Gospodarz chce duszę, gospodyni chce dom nasz, córka starsza nie miesza się, nie chce nas, nie chce naszych pieniędzy, młodsza chce rękawiczki (za to gotowa nas wydać), a syn szalenie lubi nasze pieniądze, a nas nienawidzi serdecznie”.
Oczywiście – zwraca uwagę kilka stron dalej tego samego numeru „Zagłady Żydów” Joanna Tokarska-Bakir i jest to kolejny kontekst opowieści o ratowaniu – „żydowska niewdzięczność” nie jest do końca zmyśleniem. Stanowi raczej rewers polskiej opowieści, przedstawiającej wyłącznie rycerskich i szlachetnych supermenów. „Żydzi, których pamięć wypełniona jest bólem po Zagładzie, w odruchu krzywdy zdają się w ogóle zaprzeczać istnieniu Sprawiedliwych” – zauważa Tokarska-Bakir, ale jej tekst pełen jest również relacji o strachu tych, którzy decydowali się na ukrywanie Żydów; strachu, że dowiedzą się o tym sąsiedzi. Strachu trwającym jeszcze przez lata powojenne.
Powiedzmy i to: nawet rodzina Ulmów z Markowej, której w ostatnich latach nasze państwo – jakże słusznie – oddaje honory, zginęła na skutek donosu polskiego policjanta. Przypomnijmy też, że Irena Sendlerowa była w czasie okupacji aresztowana na podstawie donosu sąsiadki (trzymana na Pawiaku, została w końcu wypuszczona podczas drogi na rozstrzelanie, dzięki łapówce zapłaconej przez podziemie). I że kilka miesięcy później znalazła się na liście proskrypcyjnej sporządzonej przez Referat Żydowsko-Komunistyczny Centrali Służby Wywiadowczej Narodowych Sił Zbrojnych. Pod koniec lat 50. rozważała nawet emigrację do Izraela, prosząc jedną z uratowanych przez siebie osób o sprawdzenie, czy mogłaby się tam urządzić, „ponieważ jej dzieci są Żydami, a ona ma kłopoty od sąsiadów”.
Na szali Ilu było ratujących? Z pewnością nie setki tysięcy – jeśli już, to bardziej na miejscu byłaby fraza „dziesiątki tysięcy”.
Są tacy, którzy próbują to policzyć. Są tacy, którzy zwracają uwagę na fałszywość założenia, że w ratowanie jednej osoby musiało być zaangażowanych kilkanaście osób (bywało odwrotnie – kilkanaście osób ratowało się dzięki jednej; na prowincji – jak szacowała niegdyś Zuzanna Schnepf-Kołacz, współautorka książki „Zarys krajobrazu”, wydanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów – na dziesięciu Sprawiedliwych przypadało dwunastu ocalałych). W sumie na terenach polskich Zagładę przeżyło kilkadziesiąt tysięcy Żydów; wielu zginęło mimo udzielanej im pomocy. Czy kilkadziesiąt tysięcy to dużo? Mało? Czy w ogóle godzi się zadawać takie pytania, zwłaszcza w kontekście liczby tych, którzy nie przeżyli?
Czytaj także: Michał Okoński o "pomocnikach śmierci" - Polakach polujących na Żydów w czasie II wojny światowej
Mieszkam od niedawna w Niepołomicach. Na tutejszym cmentarzu żydowskim znajduję tabliczkę: „Kochani rodacy, tu spoczywa pierwszy rabin w Niepołomicach, ok. 58 lat, ś.p. Josef Tetelbaum. B. proszę szanować ten grób – wdzięczny Eliasz Richter, Jesodot, Jisrael, jedyny z rodziny pozostały z Zagłady Hitlera”. Zdanie „b. proszę szanować ten grób” czytam też jako apel o powściągliwość w strzelaniu do siebie statystykami.
Pytania bez odpowiedzi Lepiej opowiadać pojedyncze, ludzkie historie – zwłaszcza tak, jak robi to Anna Bikont. Nie pomijając kwestii najtrudniejszych. „Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?” – pyta autorkę „My z Jedwabnego” Margarita Turkow o swoich rodziców, którzy w trakcie likwidacji warszawskiego getta zdołali odesłać ją na aryjską stronę właśnie dzięki pomocy Ireny Sendlerowej. Ukrywana przez polską i chrześcijańską rodzinę dziewczynka była bita, poniżana i molestowana. Czy w świecie operującym pojęciami „pedagogika wstydu” i „polityka – by tak rzec – anty­historyczna” można znaleźć odpowiedź na jej pytanie?
Jasne: była wojna. Życie ludzkie staniało. Demoralizacja była gigantyczna. Walka o przetrwanie miała wymiar dosłowny, także materialny. Trzeba też pamiętać, że antysemityzm był w ostatnich latach II Rzeczypospolitej ideologią niemal państwową, antyjudaizm zaś – kościelną. Nas, dziś żyjących, nie sprawdzono. Nie wiemy, jak byśmy się w podobnych okolicznościach zachowali. Marek Edelman zauważał, że aby przetrwać, Żyd musiał mieć pieniądze, „dobry” wygląd i znajomych po aryjskiej stronie. Samo słowo „pomaganie” również brzmi sucho – nie oddaje istoty rzeczy. Szaleńczej odwagi. Uczciwości. Miłości bliźniego. Altruizmu. Poświęcenia.
„Jaka siła sprawiła, że chociaż w tej samej wsi spłonęło gospodarstwo razem ze znalezionymi tam Żydami i ukrywającą ich rodziną chłopską, Pagosowie zdecydowali się dalej przechowywać braci Weitów? – zastanawia się Jacek Leociak w książce „Pomaganie”, opisując historię ze wsi Gruszów pod Dąbrową Tarnowską. – Abram po latach relacjonował: »Stanisław się wtedy załamał, ale nie powiedział, żebyśmy poszli. ‘Moje życie jest związane z waszym życiem’ – rzekł i nic więcej«”.
W płomieniu Tym bardziej trzeba mówić i pisać ostrożnie. Tym bardziej trzeba oddawać sprawiedliwość takim ludziom jak niepiśmienna Marianna Barańska ze wsi Sabinów. „Podczas okupacji przechowywałam u siebie Żyda Łaska Oszera prawie trzy lata – relacjonowała po wojnie. – Przed tym go nie znałam. Zrobiłam to dlatego, by człowiek przeżył. Prócz tego przebywał u mnie Majerholc rok czasu. Pieniędzy u nich nie brałam. Chciałam ludzi ratować, życie jest drogie”.
Innymi słowy: heroizm nie jest normą społeczną i nie wyznacza powszechnie obowiązujących standardów zachowania. Jest, jak przypomina Leociak, „odstępstwem od normy” i przeciwstawieniem się instynktowi samozachowawczemu w imię wartości wyższych niż zachowanie własnego życia. Jeśli zamienimy opowieść o pomaganiu w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki sklonujemy, nie tylko zafałszujemy rzeczywistość: pogrążymy Sprawiedliwych w odmętach banału. „Naturalnym odruchem każdego z nas jest cofnięcie ręki, kiedy znajdzie się w pobliżu płomienia – pisze autor „Pomagania”. – Ci, którzy odważyli się pomagać Żydom, narażając życie swoje i bliskich, potrafili trzymać rękę w płomieniu i nie cofać jej”.
To perspektywa moralisty. Może ją, niestety, uzupełnić obserwacja historyka.
Kiedy w 1942 r. w Delegaturze Rządu na Kraj trwały rozmowy o stworzeniu organizacji pomocy Żydom, reprezentanci Stronnictwa Narodowego byli przeciwni i sprawa się przeciągała. Decyzja o uruchomieniu – niewystarczających, rzecz jasna – pieniędzy (5 proc. całego budżetu opieki społecznej Państwa Podziemnego) i utworzeniu Komitetu Pomocy Społecznej dla Ludności Żydowskiej zapadła dopiero 27 września 1942 r., trzy lata po wybuchu wojny i kilka dni po zakończeniu „Grossaktion Warschau”. „Większość polskich Żydów już wtedy nie żyła – pisze Anna Bikont. – Zginęli rozstrzelani w czasie likwidacji gett albo zagazowani w obozach śmierci”.
Prawdziwy pomnik Tak, Irena Sendlerowa jest bohaterką. Jedną z największych, jakie Polska wydała w XX wieku. Ze wszystkim, co o niej wiemy.
Ze społecznikowsko-lewicowym zaangażowaniem, demonstrowanym przecież nie tylko w czasie niemieckiej okupacji, ale także przed i po wojnie. Z bezgraniczną odwagą i fantastycznym zorganizowaniem zarazem – bo przecież trzeba dodać, że większość uratowanych dzięki niej żydowskich dzieci nie widziała jej na oczy, a ona sama zajmowała się głównie logistyką operacji wyprowadzania ich z getta i organizowania bezpiecznych kryjówek. Z bezlitośnie trzeźwą obserwacją, że swoją popularność w ostatniej dekadzie życia (zmarła w 2008 r., damą Orderu Orła Białego została 5 lat wcześniej) zawdzięczała temu, że „po Jedwabnem potrzebny był bohater” („Jestem narodowym alibi” – pisała w jednym z listów). Ze wspomnianymi już zmyśleniami i koloryzowaniem okupacyjnych historii (z pełnym przekonaniem powtarzała np., że uratowała 2,5 tys. dzieci – Bikont udowadnia, że ta liczba też jest potężnie zawyżona). W końcu: z ceną, jaką zapłaciła w swoim życiu osobistym.
„Irena mówiła, że się rozwodzą, potem się schodzą, potem znów rozwodzą, i tak to trwało” – powie jedna z jej przyjaciółek Annie Bikont. W końcu mąż, ten drugi, wyprowadzi się, a ona wróci do pierwszego, z którym po latach kolejny raz się rozwiedzie (jego syna zaś odda w międzyczasie do domu dziecka). Własne dzieci matki w zasadzie nie widywały. „Swoje uczucia, swój czas oddawała innym, a ze mną i z bratem uprawiała pedagogikę telefoniczną: kontrola zjedzonego posiłku, odrobionych lekcji. Kiedy szłam do pierwszej klasy, ani mama, ani ojciec nie mieli dla mnie czasu, odprowadziła mnie przyjaciółka mamy” – opowiada córka Ireny Sendlerowej autorce jej biografii. Puentując jeszcze mocniej: „Niezwyczajność mojej mamy polega na tym, że wszystkie dzieci miały mamę, a ja mamy nie miałam”. Sama napisze zresztą o tym, robiąc pod koniec życia rachunek sumienia: „Oni nigdy mnie np. dziś nie pocałują, bo mówią: »Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki??«”.
Na okładce książki Anny Bikont, ze zrobionego w 1943 r. zdjęcia Irena Sendlerowa spogląda jednym okiem – drugie jest poza kadrem. Jakby chciała powiedzieć, że patrzymy na historię w sposób ograniczony. Że, choć trzeba próbować, nigdy nie da się jej w pełni zobaczyć, zrozumieć i opowiedzieć.
Naprawdę, lepiej nie zamieniać jej w polityczny oręż.©℗
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.12.01 13:16 ben13022 Sierafimowicza 2: dom nad Moskwą

Miejsce, gdzie stanął, przy ul. Sierafimowicza 2, od wieków znane było w Moskwie jako "trupie pole". Katowano tu i grzebano ofiary terroru Iwana Groźnego. W trakcie czystek z lat 1937-38 z 2700 lokatorów domu nad rzeką Moskwą ponad jedna trzecia została rozstrzelana albo zesłana, wielu zniknęło bez wieści bądź targnęło się na swoje życie.
Oficjalnie nazwano go domem rządu, bo został zbudowany dla osób z najwyższego kierownictwa ZSRR i ich rodzin. Mieszkali w nim m.in.: marszałek Michaił Tuchaczewski, ludowy komisarz spraw zagranicznych Maksim Litwinow, Aleksiej Rykow, następca Lenina na stanowisku szefa radzieckiego rządu, rodziny pierwszej i drugiej żony Stalina, jego syn Wasilij i córka Swietłana. Choć był szary i wyglądał jak wielkomiejski blok, moskwianie nazywali go czerwonym pałacem. W czasie wielkiej czystki z lat 1937-38 mieszkańcy szeptali, że to dom aresztu prewencyjnego, bo jak się ktoś stąd wyprowadzał, to albo na Sybir, albo na tamten świat. Denuncjatorzy i kaci wprowadzali się do mieszkań ofiar, by wkrótce podzielić ich los - przez niektóre lokale w ciągu roku przewinęło się po pięć, sześć rodzin. W końcu przylgnęła do niego nazwa "dom na nabierieżnoj", czyli dom na nabrzeżu - od tytułu powieści Jurija Trifonowa zakazanej zaraz po wydaniu w 1976 r. (w Polsce ukazała się ona pod tytułem "Dom nad rzeką Moskwą"). Dziś Sierafimowicza 2 to jeden z najdroższych i najbardziej prestiżowych adresów w Moskwie. Z widokiem na Kreml.
Po przeniesieniu stolicy z Piotrogrodu do Moskwy członkowie elity bolszewickiej początkowo zasiedlili apartamenty w zarekwirowanych pałacach arystokracji, willach kupieckich i najlepszych hotelach. Nazwano je domami Sowietów i ponumerowano od 1 do 16. Wielu ich lokatorów żyło na walizkach w oczekiwaniu na rychłą przeprowadzkę na zachód w ślad za pochodem światowej rewolucji. Około 1925 r. stało się jednak już zupełnie jasne, iż rewolucyjny płomień w Europie zgasł na amen, partii przyszło więc ogłosić koncepcję budowy komunizmu w jednym kraju, a mający nieść żagiew rewolucji na dobre rozpakowali walizki. W lipcu 1927 r. zapadła decyzja o budowie na Sierafimowicza 2 kompleksu dla komunistycznych VIP-ów.
Zgodnie z zaleceniem komisji kierowanej przez przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych Aleksieja Rykowa oraz szefa bezpieki Gienricha Jagody przydziały mieszkań otrzymywali szefowie resortów, ich zastępcy, wyżsi rangą dowódcy, bohaterowie wojny domowej, weterani rewolucji, bolszewicy ze stażem partyjnym nie mniejszym niż 15 lat, funkcjonariusze Kominternu, przodownicy pracy, a także wybrani artyści i naukowcy. Lokalizację (naprzeciwko Kremla) wskazał Stalin, a postawienie budynku zlecił swojemu ulubionemu architektowi Borisowi Iofanowi, który nie zawiódł - projekt został wyróżniony na konkursie architektonicznym w Paryżu, a w ZSRR Iofan dostał za niego Nagrodę Stalinowską. Natomiast sama budowa od początku szła źle, bo działka znajdująca się na bagnistym nabrzeżu rzeki niespecjalnie nadawała się pod wielokondygnacyjną zabudowę. Trzeba było przygotować specjalne fundamenty - potężne stalowe pale wbite głęboko w grząski i niestabilny grunt, a na nich dwumetrową betonową poduszkę. Jakby tego było mało, robotnicy co raz natrafiali w ziemi na ludzkie szczątki - mające ponurą sławę miejsce nazywano "gibłoje miesto", albo "gibłoje pole ", czyli wymarłe miejsce, trupie pole. W XVI w., za panowania cara Iwana Groźnego, rezydował tu Maluta Skuratow, jeden z dowódców opriczniny, siejącej krwawy terror carskiej policji politycznej. Pokoje Skuratowa sąsiadowały z szynkiem jego siepaczy, lochami, salami tortur i kaźni oraz dołami, w których grzebano ofiary. Później aż do końca XIX w. znajdował się tam cmentarz nędzarzy i ofiar epidemii.
Im wyżej pięła się konstrukcja domu, tym więcej ludzi ginęło na budowie, na którą zagnano więźniów, w tym wypadku w większości kryminalnych, którzy na Sierafimowicza 2 załatwiali między sobą porachunki. Ponoć mieszkania na najwyższych kondygnacjach były wykonane mniej starannie niż te położone niżej, w obawie bowiem przed więźniami brygadziści i nadzorcy nie wchodzili powyżej szóstego piętra. Z powodu bałaganiarstwa i defraudacji ostateczny koszt inwestycji aż pięciokrotnie przekroczył planowany budżet, a tuż przed zakończeniem prac wybuchł pożar, który opóźnił ukończenie inwestycji o ponad pół roku. Zapłacił za to głową szef moskiewskiej straży pożarnej - pierwsza ofiara Sierafimowicza 2.
Budowa trwała cztery lata, czyli dwa lata dłużej, niż planowano, ale wiosną 1931 r. do 505 mieszkań wprowadziło się 2745 lokatorów.
Choć wydana w lipcu 1927 r. decyzja zatwierdzająca budowę domu i jego projekt otrzymała klauzulę "tajne", to relacje z prac na Sierafimowicza 2 regularnie i na pierwszych stronach drukowały gazety, ogłaszając przy tym, że "szary dom" stanowi zapowiedź wielkiej przebudowy stolicy. Po nim miały powstać w Moskwie dziesiątki i setki identycznych budynków, nowe i wzorcowe miasto proletariackie. "Wieczerniaja Moskwa" pisała: Oto na naszych oczach powstaje nowa Moskwa. Już niedługo horyzonty (...) przysłonią równe szeregi potężnych sylwetek domów, w których zakwitnie nowe szczęśliwe i dostatnie życie ludzi radzieckich. (...) te domy niczym okręty mające na pokładzie wszystko, czego potrzeba człowiekowi pracy, wielką zgodną flotą popłyną ze swymi mieszkańcami ku komunistycznej przyszłości.
Dziennikarze zachwycali się, że ten wielki budynek (w chwili oddania był największy w Europie) będzie samowystarczalny - z własną pocztą, biblioteką, polikliniką, kinoteatrem, stołówką, przedszkolem, żłobkiem, pralnią, zakładem fryzjerskim, sklepem spożywczym, fontannami i placami zabaw dla dzieci. Co więc było tajne? Lista lokatorów i to, jak będą mieszkać. "Wieczerniaja Moskwa" wspomniała jedynie o "przestronnych i jasnych mieszkaniach", podczas gdy utrzymane w oszczędnej formie radzieckiego konstruktywizmu szare ściany budynku kryły iście pałacowe wnętrza.
W Moskwie według ówczesnych norm powinno przypadać 3,5 m na osobę, ale rzeczywistość była o wiele bardziej ponura. Z głodujących wsi uciekały do stolicy tysiące chłopów, w mieszkaniach komunalnych w jednej izbie żyło często po kilka rodzin, ludzie gnieździli się w komórkach, piwnicach i suterenach, bez toalet, gazu, ogrzewania, a często i prądu. A na Sierafimowicza 2? W latach 30. standard tego budynku od reszty moskiewskich domów dzieliła niewyobrażalna przepaść. Typowe trzypokojowe mieszkanie miało wysokość prawie 4 m i powierzchnię 70-90 m kw., a największe, jak siedmiopokojowy apartament marszałka Tuchaczewskiego - niemal 200 m kw. Były nie tylko windy osobowe, ale też małe kuchenne, towarowe. Wszystkie lokale powyżej czterech pokoi miały służbówki, salony ze ścianami obitymi jedwabiem i sufitami zdobnymi we freski namalowane przez konserwatorów sprowadzonych z Ermitażu. Poliklinika, przedszkole, pralnia i wszystkie wymieniane przez prasę cuda (początkowo nawet kinoteatr) przeznaczone były wyłącznie dla lokatorów i w niczym nie przypominały tych ogólnodostępnych.
Tak o zakładzie fryzjerskim pisała w pamiętnikach lokatorka i poetka Łarissa Miller: To nie zakład fryzjerski był, a sala balowa z pałaców nad Loarą. Ogromne kryształowe lustra, na parapetach greckie popiersia i egzotyczne kwiaty jak w oranżerii. Sami fryzjerzy przypominali lordów: muszki pod szyją, wyrafinowana etykieta, całowanie w rękę.
Elina, córka Roberta Kisisa, zastępcy ludowego komisarza handlu wewnętrznego, która w 1931 r. miała dziewięć lat, wspominała: W latach 1931-1932 w kraju panował głód, o czym my, dzieci z rządowego domu, nie mieliśmy pojęcia. Babcia robiła mi do szkoły kanapki, z których żadnej nigdy nie zjadłam. Jak co dzień po drodze do szkoły zatrzymywali mnie chłopcy koczujący przy małym kamiennym moście (kilkaset metrów od domu), przeszukiwali mi torbę i zabierali śniadanie. Często później bili się, dzieląc między siebie te kanapki. Wzdłuż kanału pomiędzy mostami Małym Kamiennym i Moskworieckim ciągnęły się baraki, w których gnieździli się robotnicy budowlani oraz Cyganie i Chińczycy. Wszyscy oni kradli, co się da. Cyganie węgiel, Chińczycy szmaty i puste butelki. Ich chudziutkie dzieciaki przeciskały się na nasze podwórze pomiędzy żelaznymi prętami bram i ogrodzenia, chowając się za kolumnami lub załamaniem muru przed ochroną, błagały nas o coś do jedzenia.
Dom był tyleż pałacem, co koszarami, a luksus współgrał w nim z drylem więziennym. Lokatorów na każdym kroku obowiązywały przepustki i pozwolenia dające przywileje (kartki do zaopatrywanej z Kremla stołówki, talony do pralni i pozostałych zakładów usługowych domu), ale też ograniczające swobodę. Nie tylko kontrolowano wejścia i wyjścia, ale też trzeba było mieć pisemne pozwolenia np. na wnoszenie do mieszkań i wynoszenie z nich wielkogabarytowych pakunków. Portierzy-wartownicy doprowadzali gości pod same drzwi odwiedzanego mieszkania, z których nie mogli też bez asysty wyjść. Bez wiedzy i zgody ochrony nawet lokatorom trudno się było samodzielnie poruszać w nocy, bo wartownicy spuszczali na podwórze groźne psy stróżujące. Kompleks obsługiwały 643 osoby, samych dozorców było 20. Wszyscy, rzecz jasna, szpicle. 24 jednoosobowe mieszkania na parterze zajmowali etatowi czekiści. W każdym lokalu w salonie, obok wywietrzników, znajdowały się w ścianach okrągłe wgłębienia o średnicy szklanki, które systemem rur prowadziły z mieszkań dźwięk na parter do mieszkań bezpieczniaków mających szpiegować lokatorów.
Było też kilka nietypowych mieszkań, np. pod numerem 480 mieszkał przez jakiś czas słynny radziecki as wywiadu Richard Sorge. Pierwszym pomieszczeniem, zaraz za drzwiami na klatce schodowej nr 25, była kuchnia, dalej trzy pokoje w amfiladzie, w ostatnim, sypialni, znajdowały się drzwi do komórki, a z niej do sąsiedniego mieszkania - identycznego, tyle że z wejściem na klatce schodowej nr 24. W kuchniach znajdowały się specjalne podesty na rosyjski samowar z otworem w ścianie, przez który szła rura odprowadzająca spaliny. Budynek, jak rzadko który w ówczesnej Moskwie, miał centralne ogrzewanie, gaz i elektryczność i tylko instalacja do samowara była węglowa. Iofan zaprojektował ją dla starych bolszewików, którzy po latach spędzonych na syberyjskim zesłaniu nie wyobrażali sobie życia bez wielogodzinnych posiedzeń przy samowarze.
Z kolei kuchnie, nawet w najbardziej luksusowych apartamentach, były małe i niefunkcjonalne, miały ledwie po 5 m kw. i nie nadawały się zbytnio do gotowania. Dlaczego? Bo człowiek radziecki miał jadać we wspólnej stołówce zakładowej.
Wszystkie mieszkania wyposażano w meble służbowe, również projektu Iofana - ciężkie, dębowe, proste w formie, przypominające nieco styl art déco. Do standardowego trzypokojowego mieszkania przypisane były łóżko, sofa, szafki nocne, rozkładany stół do salonu, krzesła, taborety, fotele, bufet, sekretarzyk, biblioteczka, a także dębowa deska klozetowa. Każdy mebel miał tabliczkę znamionową z numerem i raz w miesiącu portier sprawdzał, czy niczego nie brakuje. To, co się popsuło, można było naprawić wyłącznie w przydomowej stolarni.
Obok lokatorów, którzy widzieli, jak wygląda świat poza granicami ZSRR - działaczy Kominternu, weteranów wojny hiszpańskiej, inżynierów z kolei mandżurskiej, naukowców i artystów - mieszkali półanalfabeci z prowincji, którzy dzięki rewolucji dochrapali się wysokich stanowisk. Dla nich głównie przeznaczone były instrukcje tłumaczące, jak używać instalacji elektrycznej, poszczególnych mebli oraz dębowej deski klozetowej: Deska do siedzenia, po zamontowaniu na zawiasach, powinna podnosić się i opuszczać. Do muszli nie należy wrzucać żadnych przedmiotów, śmieci, resztek, a szczególnie waty i pudełek z kartonu. Matka Nikity Chruszczowa zwykła godzinami przesiadywać na ławeczce przed klatką schodową, gdzie skubała kury, tarła chrzan i łuskała słonecznik, czyli zachowywała się dokładnie tak jak niegdyś przed swą chałupą na ukraińskiej wsi. Sam Chruszczow chwalił się sąsiadom swoją skrzyneczką z narzędziami, mawiając: "Jakby co, z nią zawsze się jakoś wyżywię". Kira Pawłowna, bratanica Nadieżdy Alliłujewej, drugiej żony Stalina, wspominała: Rodzice spędzili pięć lat w Berlinie, gdzie ojciec kupował dla Armii Czerwonej niemieckie technologie potrzebne do rozwoju broni pancernej i gąsienicowych ciągników dla artylerii. Kiedy sprowadzili się do domu na nabrzeżu, mama miała zwyczaj nazywać wartownika konsjerżem i nastawiała płyty Marleny Dietrich. Od moskiewskich mieszczan spauperyzowanych przez zakończenie liberalnej polityki ekonomicznej NEP skupowała za bezcen antyki, bibeloty i meble. Tych służbowych, które jej się bardzo nie podobały, rodzice się pozbyli, rozdając je sąsiadom, za co spotkały ich poważne nieprzyjemności i pomogło dopiero osobiste wstawiennictwo Stalina.
Jednymi z najczęściej wspominanych przez sąsiadów lokatorów byli: szef NKWD Nikołaj Jeżow, słynny przodownik pracy, górnik z Donbasu Aleksiej Stachanow oraz Wasilij Dżugaszwili, młodszy syn Stalina. Jeżowa wieczorami przywoził czarnym lincolnem szofer, "krwawy karzeł", jak go nazywano, najczęściej wracał pijany, wytaczał się w niekompletnym i rozchełstanym mundurze z pieśnią na ustach, a bywało, że później, doprawiwszy się jeszcze, tańcował na podwórzu przed swoją klatką w samych bryczesach i skarpetach. Stachanow dostał mieszkanie na Sierafimowicza 2 w 1935 r., kiedy Stalin sprowadził go do Moskwy i wyznaczył mu rolę przywódcy ruchu socjalistycznego współzawodnictwa pracy. Zaprzyjaźnił się z mieszkającym po sąsiedzku Wasilijem Dżugaszwilim, z którym hulali po Moskwie - pijani łowili ryby w akwarium hotelu Metropol, samochodem Stachanowa szaleli w nocy po stołecznych ulicach, butelkami rozbili witrynę delikatesów przy Sierafimowicza 2. Stalin miał słabość do Stachanowa i kiedy obu kompanom brakowało pieniędzy, górnik chodził na Kreml, pokazywał wodzowi zaliczenia w indeksie Akademii Przemysłu i wychodził z kwitem na sporą sumę. Wasilij czekał na dole. Stachanowowi upiekło się nawet wtedy, gdy ochroniarze domu znaleźli go nad ranem śpiącego pod bramą, pijanego, z dziurą w marynarce po oderwanym Orderze Lenina. Stalin nakazał wydać mu nowy order o tym samym numerze co utracony. Wspólne hulanki Stachanowa i Wasilija skończyły się dopiero wtedy, gdy na Kreml doniesiono, że pijani kompani przy ludziach sikali w metrze na rzeźby chłopów i robotników. Stalin wezwał obu, synowi dał w pysk, a do Stachanowa powiedział: - Jeszcze jeden taki wyskok, a zabiorę ci auto i dam "półtorkę" [półtoratonową więźniarkę NKWD]. Kiedy w 1937 r. zaczęły się aresztowania, Stachanow przestał pić na mieście. Przetrwał czystki - zmarł w 1977 r. w zakładzie dla nerwowo chorych w Doniecku.
Olga Trifonowa, kustosz zorganizowanego pod koniec lat 90. w stróżówce na parterze budynku muzeum domu na nabrzeżu, opowiada: "Nikt nie uciekał ani się nie chował. Ludzie czekali na swój los w przedziwnym paraliżu. Wyjątkowa jest historia Borisa Brandenburskiego, kremlowskiego prawnika i wykładowcy Uniwersytetu Łomonosowa. Kiedy zrozumiał, co się szykuje, zaczął symulować chorobę psychiczną. Przestał przychodzić do pracy. Spacerował całymi dniami wokół domu i pytał przechodniów: Gdzie ja jestem? . Po którymś z tych spacerów trafił na trzy lata do domu wariatów, a był już na liście przeznaczonych do aresztowania. Przeczekał. Wyszedł i przeżył. Taka była logika czystek. Trzeba było przeczekać swoją falę".
Początkowo NKWD zabierało ludzi z listy, rodziny zostawały i zachowywały mieszkanie. Później mieszkania zagęszczano, rodzinom aresztowanych "wrogów ludu" pozostawiano jeden pokój i dokwaterowywano nowych lokatorów. Z czasem NKWD zaczęło brać całe rodziny i jeśli współmałżonek wyrzekł się głównego aresztowanego, to często zostawał na wolności, ale trafiał na bruk. Dzieci pod zmienionymi nazwiskami były oddawane do sierocińców - w pobliskiej zdewastowanej cerkwi św. Andrzeja NKWD urządziło dziecięcy obóz przejściowy, który działał od 1937 do 1939 r. Nieliczni sąsiedzi zdobywali się na odwagę, by ratować choć dzieci, jednak Olga Trifonowa zna zaledwie dwa takie przypadki. Akademik Nikołaj Cynin w mieszkaniu aresztowanych sąsiadów znalazł ukryte w szafie niemowlę, które udało mu się adoptować. Natomiast stary bolszewik Konstanty Iwanow w ostatniej chwili ściągnął z mostu dwunastoletnią dziewczynkę, która po aresztowaniu rodziców zamierzała rzucić się do rzeki. Zawiózł ją na wieś do swojej siostry, która wychowała dziewczynkę.
W połowie 1937 r. ponad jedna trzecia mieszkań stała pusta. Czekiści, którzy początkowo starali się działać dyskretnie i zabierali pojedynczo, przestali się patyczkować i urządzali regularne obławy, wygarniając z domu po kilkunastu "wrogów ludu" naraz. "Jedna z największych akcji miała miejsce nocą 25 maja 1937 r., kiedy to przyjechało kilka czarnych więźniarek i ciężarówka enkawudzistów z długą bronią. Całe podwórze zalało światło zamontowanych na samochodach reflektorów przeciwlotniczych. Aresztowano tej nocy 35 osób, m.in. komandarma Jonę Jakira, którego żona w nocnej koszuli biegła po ulicy za karetką więzienną wywożącą męża, wołając: Jona nigdy nie uwierzę, żeś jest wrogiem" - opowiada Olga Trifonowa.
Kira Pawłowna tak opisała jedną z nocnych obław: Zabierali ludzi z naprzeciwka. Patrzyłam z okna pokoju dziecięcego. Po podwórzu niosły się hałasy, jak w amfiteatrze rezonowały o ściany domu. Krzyki dorosłych, płacz dzieci, z okna na dziesiątym piętrze dobiegał jazz grany z patefonu, na parapecie sąsiedniego gotowała się do skoku kobieta w wieczorowej sukni. Jeden z sąsiadów rzucił się z okna, nie czekając na pukanie do drzwi, jak tylko usłyszał zgrzyt ruszającej w górę windy, wiedział, że idą po niego, bo cała klatka schodowa była już pusta i nikt inny do wzięcia tam nie został. Cały pion zaciemniony i tylko jedno otwarte rozświetlone okno z firanką szarpaną przeciągiem.
O krok od samobójstwa była też matka Kiry: Mój ojciec zmarł w tajemniczych okolicznościach w pracy, na Kremlu. Kilka tygodni później przyszli po mamę. Kiedy ją zabierali, kiedy ją wyprowadzali, chciałam się przytulić, a ona brutalnie mnie odepchnęła. Po latach, kiedy wyszła z łagru, powiedziała mi, że chciała się wtedy rzucić z okna.
W 1937 r. czerwony pałac przezywano domem prewencyjnego aresztu. Prominenci wiedzieli, co może oznaczać przydział mieszkania na Sierafimowicza 2, ale je brali. Jedni z chęci dołączenia do elity elit, z wiarą w swą szczęśliwą kartę, inni dlatego że nie wziąć było równie niebezpiecznie, jak wziąć. Mieszkania po wcześniej aresztowanych wzięli Jakir i Tuchaczewski, ale obaj pomieszkali na Sierafimowicza 2 zaledwie kilka miesięcy. Jako jednych z ostatnich lokatorów szarego domu fala terroru zabrała tych, którzy mieszkania w nim przydzielali: Aleksieja Rykowa i Nikołaja Jeżowa.
Po śmierci Stalina przemoc wróciła do domu nad rzeką Moskwą jeszcze raz, w latach 90., kiedy to w ramach powszechnej prywatyzacji mieszkań lokatorzy dostali zajmowane przez siebie lokale na własność i z dnia na dzień stali się milionerami. Głośna była sprawa dentysty, właściciela sieci gabinetów prywatnych, którego wynajęci przez najbliższą rodzinę bandyci próbowali zmusić do przepisania na nich mieszkania. Zamęczyli go w owym mieszkaniu na śmierć jego własnymi narzędziami dentystycznymi. Ale to już zupełnie inna historia.
dziennikarz: Igor T. Miecik
źródło: http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,20677022,sierafimowicza-2-dom-nad-moskwa.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.06.08 09:05 ben13022 Wywiad z Pawłem Reszke, laureatem Nagrody im. Kapuścińskiego

Paweł Krysiak: Jaką Polskę widzisz, gdy wychodzisz z lubelskiej redakcji "Wyborczej", znajdującej się na popularnym deptaku, i jedziesz w teren?
Paweł P. Reszka: Na pewno nie taką, jaką nasza władza chciałaby się chwalić, nie popularną i nie uwielbianą. Zupełnie nie mam poczucia, że jest "european". To Polska, która się wstydzi. Zresztą nawet nie trzeba wyjeżdżać z Lublina, by zobaczyć tę Polskę, której raczej nie pokazują w telewizjach śniadaniowych. Pół godziny spacerem od centrum są domy, w których nie ma łazienek. To mieszkania komunalne. Bohaterka jednego z moich reportaży Alicja, licealistka, nigdy nie zaprosiła do siebie nikogo z klasy, bo jeszcze chciałby umyć ręce i wtedy wydałoby się, że dziewczyna i jej rodzina kąpią się w misce. Oni i tak są w lepszej sytuacji niż ich sąsiedzi, bo mają przynajmniej toaletę. Urządzili ją w pokoju sąsiada. Kiedy umarł, po prostu przebili się przez ścianę i zajęli na dziko jego lokal. Są tacy, którzy nie mają toalet, więc załatwiają się w ciemnej norze na podwórku. W podłodze jest dziura, trzeba przyjąć pozycję "na narciarza". Emeryt, któremu z powodu cukrzycy ucięli nogę, tam i tak nie dojdzie. Żona usunęła siedzisko z krzesła, podstawia tam pudełko, i tak sobie radzą.
*Reporterzy lubią sytuacje skrajne, szukają sprzeczności. *
*Często piszesz o ludziach, którzy mają poczucie przegranej. *
*Złe państwo, pokrzywdzony biedny człowiek, reporter interweniuje i naprawia świat. *
*Recenzując rok temu twoją książkę "Diabeł i tabliczka czekolady", napisałem, że Reszka pokazuje nam wstydliwą część Polski. A może z twojej perspektywy reportera wiadomo, dlaczego wygrał PiS? *
*Nikt nie chce czuć się odrzucony. Ludzie potrzebują dobrego słowa, akceptacji, chcą poczuć się godnie. *
*Tej Polski, o której piszesz, nie ma w ogólnopolskich mediach. Nie widzą jej mieszkańcy stolicy? *
*To jednak jakiś koszmar, że tak dużo ludzi ciągle czuje się odrzuconych, wypchniętych. I jeszcze mają poczucie, że to ich wina. Jak to wytłumaczyć? *
Co rozświetla mroczny świat Reszki?
Zdarzyło się ostatnio w twojej pracy reporterskiej coś, co wprawiło cię w zakłopotanie, w poczucie, że przestajesz rozumieć, co się wokół ciebie dzieje?
*Co odpowiedziała? *
NAGRODA IM. RYSZARDA KAPUŚCIŃSKIEGO
Mottem tegorocznej edycji było zdanie: "Stoimy w ciemności otoczeni światłem" - cytat z "Podróży z Herodotem". W finale znalazły się także książki nagrodzonej Pulitzerem Jenny Nordberg, ("Chłopczyce z Kabulu", Czarne), Michała Książka, łączącego reporterski zapis z poetyckim spojrzeniem ("Droga 816", Fundacja Sąsiedzi), Karoliny Domagalskiej, autorki cyklu reportaży o in vitro ("Nie przeproszę, że urodziłam", Czarne), Michała Potockiego i Zbigniewa Parafianowicza, którzy opisali władzę Janukowycza na Ukrainie ("Wilki żyją poza prawem", Czarne). Jury wybierało spośród 96 zgłoszonych książek (w tym 33 przekładów).
Z laudacji przewodniczącego jury Macieja Zaremby Bielawskiego dla Pawła Piotra Reszki:
W rzeczywistości niosącej nadmiar zdarzeń i słów - nagradzamy autorską powściągliwość, a więc książkę objętościowo skromną. W czasie zdominowanym przez chaos emocji - nagradzamy skupienie. Wobec inwazji agresji - nagradzamy empatię. Przy nadmiarze komentarzy - nagradzamy umiejętność wsłuchiwania się w głosy ludzi.
"Diabeł i tabliczka czekolady" to misterna przeplatanka 15 reportaży publikowanych wcześniej z 12 tekstami nowymi. Te ostatnie mają formę krótkiej wypowiedzi. Nie wiemy, jak powstawały. Wolno podejrzewać, że w ten sam sposób co kolaże Swietłany Aleksijewicz.
Te króciutkie teksty to prawdziwe majstersztyki, na pograniczu poezji. Wzruszające, zagadkowe, straszne. Ale to nadal reportaż czystej wody, wierny swoim bohaterom: oddaje ich język i tok myślenia. Nasuwa się biblijne słowo na ten szczególny rodzaj wycofania: "cichość". "Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię". I nie o skromne milczenie tu chodzi, lecz o szacunek dla tajemnicy wolności bliźniego.
Jeśli bohaterowie Reszki czasami budzą śmiech, to dlatego, że nas zaskakują, nie dlatego, że śmieszą. A kiedy budzą współczucie, jest to współczucie zmieszane z podziwem i pokorą. Że człowiek tak doświadczony przez los potrafi znaleźć w sobie tyle siły i nadziei.
Kazanie na Górze, sedno chrześcijaństwa, okazuje się również przepisem na reportaż najwyższego lotu.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,152664,20110219,pawel-p-reszka-polska-ktora-sie-wstydzi.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


The SimS 4 Sezon II #68 - Dzień Rodziny i nowi sąsiedzi ... MAMA ZOSTAWIŁA NAS W WIĘZIENIU DLA *najgorszych DZIECI! l ... Wilk i zając po polsku ( Bajki dla dzieci) - YouTube Sąsiedzi z Piekła Rodem 2 [#5] KONIEC Sąsiedzi cała bajka!! - YouTube

Wyzwiska, groźby, nękanie. Rodzina, której boją się ...

  1. The SimS 4 Sezon II #68 - Dzień Rodziny i nowi sąsiedzi ...
  2. MAMA ZOSTAWIŁA NAS W WIĘZIENIU DLA *najgorszych DZIECI! l ...
  3. Wilk i zając po polsku ( Bajki dla dzieci) - YouTube
  4. Sąsiedzi z Piekła Rodem 2 [#5] KONIEC
  5. Sąsiedzi cała bajka!! - YouTube
  6. YouTube

*** Kupuj gry na G2A https://www.g2a.com/r/madzia z kodem MADZIK masz 3% cashback! *** Hej :) Nastaje Dzień Rodziny i Eliza wraz z Arturem próbują spełnić za... Sąsiedzi z Piekła Rodem 2 Gameplay 'Akcja „Sąsiadów z piekła rodem 2” rozgrywa się w nadmorskich, wypoczynkowych lokacjach (hotele, promy wycieczkowe, bary, etc.). OOOOOO! Zobacz co jest w opisie! 👋🏻Instagram: https://tiny.pl/tc5d1 👋🏻 👲🏼Discord: https://discord.gg/czzKhKM 👲🏼 👨🏼‍💻Grupa fb: https ... W YouTube możesz cieszyć się filmami i muzyką, które lubisz, przesyłać oryginalne treści i udostępniać je swoim bliskim, znajomym i całemu światu. Enjoy the videos and music you love, upload original content, and share it all with friends, family, and the world on YouTube. Bajki dla dzieci , Wilk i Zając